2007 - Węgry, Rumunia

Z tego co pamiętam na początku był pomysł "Budapeszt - Bukareszt", potem "rumuńska Bukowina", "Transylwania", aż w końcu dobrnęliśmy do trasy "Węgry - Rumunia". Oczywiście pod tą nazwą kryć się mogło mnóstwo i tak na dobrą sprawę końcowy wygląd trasy zmieniał się na bieżąco. Bezpośrednio przed wyjazdem pewne było tylko to, że jedziemy pociągiem z Węgry, Rumunia 1 Czeskiego Cieszyna do Koszyc, a stamtąd przez Tokaj kierujemy się do Rumunii. Chcieliśmy przejechać od Oradei, przez Arad, aż do Timişoary, ale już po pierwszym dniu zdecydowaliśmy się skrócić rumuńską część wyprawy. Powodów pojawiło się kilka, najważniejszym była chyba aura. Od paru dobrych tygodni z nieba lał się niemiłosierny żar. Wszystkie rzeczki, mniejsze jeziorka na które liczyliśmy okazały się być pełne suchej ziemi i piasku.

Szybko minął żal, że Rumunia musi parę dni poczekać. Węgry bardzo nas zaskoczyły. Rajskie wprost okolice Tokaju wprowadzały w cudowny nastrój. Średnia dzienna, dziwnym trafem bardzo tam malała. Nie wiem czy jest coś piękniejszego, niż słoneczne pedałowanie, przerwy na winogrona prosto z krzaków, papryka zrywana przy drodze, obiadek w Tokaju nad rzeką, a wieczorem próba okolicznych win. Im dalej na południe tym mniej było wzgórz, teren jakby się wypłaszczał, rozkładał przed nami, czekał, żeby tylko ciąć go oponami. Węgry, Rumunia 2 Ale to co na początku nas zachwyciło, ta ogromna przestrzeń, pusty horyzont, szybko zaczęło nużyć i z radością przyjęliśmy kolejną odmianę - oczekiwaną Rumunię.

Nie wiem czy są słowa, które mogą opisać jak bardzo zachwycił nas ten kraj. Niby przekroczenie granicy nie powinno znaczyć tak dużo, ale kultura rumuńska, kontakty między ludźmi, ich ciekawość względem nas - wszystko to spłynęło na nas przyjemnie jak deszcz, którego wszyscy tam wtedy oczekiwali. Oczywiście chcieliśmy poruszać się po Rumunii bocznymi drogami, co niestety nie okazało się takie proste. Mapa pokazywała nam albo drogi krajowe pełne tirów, albo mniejsze, zaznaczone na biało. Szybko przekonaliśmy się, że droga drodze nierówna. Białe kreski na mapie Rumunii mogły oznaczać drogę asfaltową, ale równie dobrze ubitą, pylistą i dziurawą ścieżkę prowadzoną wzdłuż kanału. Bywało różnie. Z tego powodu, ale też ze względu na wątpliwości, czy zdążymy wrócić na czas do Polski, po dwóch dniach zaczęliśmy wracać. Oczywiście, każdy dzień tej wyprawy pełen był barw i przeżyć wspaniałych, ale mam wrażenie, że te, wyciągnięte z Rumunii były jakby trochę żywsze, bardziej tajemnicze i, co tu dużo ukrywać, o wiele silniejsze niż wspomnienia z Węgier. Wizyta na targu w Aradzie, cisza klasztorów prawosławnych czy po prostu "rozmowy" z ludźmi, dla których brak wspólnego języka nie stanowi NAJMNIEJSZEGO problemu? Niesamowite. Oczywiście, to co piszę, nie znaczy, że Węgrzy traktowali nas mniej gościnnie, czy przychylnie! Nie sposób chyba policzyć, ile razy Węgry, Rumunia 3 pytaliśmy o drogę czy pomoc - nigdy nikt nam jej nie odmówił. I tak po kilku dniach w Rumunii znowu otwarły się przed nami przestrzenie i proste drogi Węgier. Aż dziw bierze, że tak mało spotkało nas przygód, że tak mało dętek pękło, tak mało kół się scentrowało. Dni mijały nam jakoś tak prosto, łatwo, a ich rytm wyznaczały popołudniowe przerwy na arbuza i desery budyniowe. Po kilkuset kilometrach znowu zaczęliśmy tęsknić za zakrętami i pagórkami. W odpowiedzi przyszły wzgórza Tokaju, lżejszy klimat i winne grona.

Pętlę zakończyliśmy w Koszycach, gdzie wsiedliśmy w pociąg do Żyliny. Potem kolejną granicę przekreśliliśmy rowerami, znowu pociąg do Czeskiego Cieszyna, rowerem przez Olzę i już żegnaliśmy się na cieszyńskim rynku. Za nami było tysiąc kilometrów w dziesięć dni, przed nami sortowanie zdjęć, leczenie kontuzji i planowanie kolejnych wypraw. Ta udała się na pewno. A do Rumunii trzeba będzie koniecznie wrócić!

Agacia







Valid XHTML 1.0 Transitional
Valid CSS!
©2009-2017 Ponik